Witamy na najlepszej stronie z hackami i kodami do gier na androida oraz recenzjami i poradnikami dla aplikacji mobilnych. Wszystkie czity były osobiście przez nas testowane na kilku modelach telefonów i tabletów

Jaka nawigacja na Androida najlepsza w roku 2016?

Nawigacja, to jedna z najbardziej przydatnych funkcji na smartfony. Telefon zawsze mamy pod ręką, w razie potrzeby wystarczy wpiąć go uchwytu nad kokpitem wskazać cel i już można ruszyć w drogę do pracy lub na wakacje na drugi koniec Europy. Oczywiście  smartfon z odbiornikiem GPS nie wystarczy, potrzebna jest aplikacja nawigacyjna z dobrymi mapami. Co wybrać przed nadchodzącym sezonem wakacyjnym na Androida?




Przeglądając zasoby sklepów z mobilnymi aplikacjami na Androida , znajdziemy dziesiątki nawigacji na smartfony, czy to darmowych, czy płatnych. Wiele takich programów zniknęło też z rynku, nie wytrzymując konkurencji. Zmieniają się smartfony - mają większe ekrany, wydajniejsze procesory, zapewniają szybszy dostęp do Internetu - zmieniają się też potrzeby użytkowników. Dziś trudno sobie wyobrazić dobrą nawigację, która nie powiadamia o korkach, wypadkach i innych zdarzeniach na drodze. Kierowcy cenią też takie programy, które pozwalają ostrzegać innych uczestników ruchu drogowego, np. o niespodziewanych kontrolach policji. Z drugiej strony wykorzystanie nawigacji online w podróżach zagranicznych może wiązać się z poważnymi kosztami za transfer danych w roamingu, zwłaszcza poza Unią Europejską. W takiej sytuacji lepiej sprawdzą się jednak tradycyjne nawigacje z mapami pobieranymi do pamięci smartfonu.

 Wybór nie jest prosty - bywa, że aplikacja kusi pięknym interfejsem, ale ma przestarzałe mapy. Inna z kolei nawigację traktuje jako wartość dodaną, ale świetnie sprawdza się w innych zastosowaniach. Zebrane przez nas propozycje na pewno nie wyczerpują tematu, ale priorytetem wyboru w prezentowanych przez nas smarttonowych nawigacjach była wygoda z punktu widzenia polskiego użytkownika. Stąd też trzy z prezentowanych programów to produkty oryginalnie polskie, w Polsce sprawdzające się najlepiej. Do nich dobraliśmy trzy aplikacje, które mogą się przydać także w podróżach po Europie.


 AutoMapa

 Czy jest kierowca, który nie zna AutoMapy? Marka, która zaistniała na rynku w 2003 roku, stała się niemal synonimem nawigacji dla mobilnych systemów operacyjnych. Powstała dla Pocket PC, dziś jest też dostępna na najnowsze systemy Microsoftu, a także Androida i iOS. Te zakręty historii odcisnęły się mocno na interfejsie aplikacji - w najnowszej wersji dla systemu Google’a widać elementy z czasów Windows CE, a menu to z kolei podróż w czasy Androida 2.x. Mimo tego miszmaszu i niedzisiejszego wyglądu całość jest dość łatwa w obsłudze i intuicyjna. Trzeba też przyznać, że wersje dla iOS i Windows Mobile 10 wyglądają już bardziej spójnie i nowocześnie. AutoMapa to dobry wybór dla tych kierowców, którzy cenią mapy pełne detali - opracowana przez Geosystems mapa Polski od lat jest synonimem dokładności - widać na niej bryły budynków, po przybliżeniu - numery domów, są też zaznaczone tereny zielone, sygnalizacje świetlne, nazwy ulic i numery dróg. Wspólnie z PKP została opracowana lista przejazdów kolejowych, a dzięki Komendzie Głównej Policji mapa jest wzbogacona o listę 500 najniebezpieczniejszych stref drogowych w Polsce. To wszystko sprawia, że AutoMapa pod względem dokładności należy do ścisłej czołówki. Mapy Europy są dostarczane przez firmę HERE, więc ich szczegółowość ustępuje nieco dokładności mapy Polski i może się różnić w zależności od kraju, ale są one na tyle precyzyjne, że bez obaw możemy wyruszyć w podróż po całym kontynencie.




Dzięki dużej dokładności można łatwo wyszukać cel podróży, wybierając punkt na mapie. Szukać można też według adresu, kodu pocztowego, punktu POI (jest ich ponad 700 tys.) czy danych GPS - szkoda jednak, że w wersji dla Androida zabrakło oczywistej, zdawać by się mogło, opcji wyszukiwania głosem. Zaletą jest za to wygodny edytor tras z wieloma punktami - każdy z punktów można dowolnie przesuwać na liście lub korygować. Możliwa jest także nawigacja piesza, ułatwiająca zwiedzanie po dojechaniu do celu wakacyjnej podróży. Mimo wielości elementów widocznych z AutoMapą podróżuje wygodnie -detale nie dominują, trasa jest wyraźnie oznaczona. Poza pobieranymi do pamięci mapami Polski (89,99 zł za rok) do wyboru jest też wersja z całą Europą (149,99 zł na rok). Jeżeli nawigacja jest potrzebna tylko na kilka dni, można skorzystać z pakietu siedmiodniowego (odpowiednio 9 zł i 16,99 zł). Jednak dobre mapy offline to niejedyna zaleta aplikacji. AutoMapa jako jedna z pierwszych wprowadziła online'owy system analizy danych o ruchu drogowym. Dzięki SmartRoutes są podawane prognozy ruchu drogowego opracowane na podstawie m.in. danych z jazdy innych użytkowników. Z kolei LiveDrive! to funkcja, która co 2 min przesyła aktualne dane o utrudnieniach na drogach. Informacje te są pobierane m.in. od służb drogowych. Wszystkie napływające informacje tworzą system AutoMapa Traffic, który wytyczy trasy, omijając korki W praktyce sprawdza się to bardzo dobrze, chociaż niektóre wskazania programu mogą okazać się nieco zaskakujące dla kierowców poruszających się po rutynowych trasach. W sprawnym nawigowaniu pomagają asystent pasa ruchu oraz głos lektora, którym od 10 lat jest Krzysztof Hołowczyc.

W AutoMapie nie zabrakło także funkcji, które docenią kierowcy pojazdów ciężarowych - nawigacja uwzględnia takie dane, jak: ograniczenia tonażu, znaki określające wysokość wiaduktów itp. Komu należy polecić AutoMapę? Na pewno tradycjonalistom, którzy przywykli do tego programu przed laty i którym nie będzie przeszkadzał archaiczny niekiedy interfejs. To także dobry wybór dla tych, którzy bezpiecznie czują się z mapami pobranymi do pamięci smartfonu, ale nie chcą przy tym tracić funkcji online.

Navite Navigator

Rosyjski Navitel to nawigacja w tradycyjnym stylu - z mapami pobieranymi offline, z bogatym interfejsem pełnym licznych funkcji, nawet menu programu przypomina programy sprzed dekady. Warto jednak się w nie zagłębić, by odkryć, że jest to nawigacja nowoczesna, pełna ciekawych rozwiązań, których próżno szukać w produktach konkurencji. Użytkownik nawigacji ma do wyboru mapy 63 krajów świata, kupowane w różnych pakietach. Po instalacji programu można przez siedem dni korzystać ze wszystkich jego funkcji, później trzeba zdecydować się na jeden z pakietów. Mapa Polski kosztuje 55 zł na rok. mapa Europy -145 zł za rok. Producent oferuje też duży wybór map nie tylko z Europy Zachodniej, ale dokładne mapy krajów bałkańskich, a także Rosji, Białorusi czy też Armenii, Gruzji i Azerbejdżanu - jest to więc dobry wybór dla kierowców jeżdżących na Wschód. Jednak nawet jeśli planujemy wakacje w Polsce, Navitel sprawdzi się wyśmienicie. Mapy są dokładne i pełne szczegółów: widać na nich budynki wraz z numerami, drogi polne, tereny zielone, a najciekawsze budynki doczekały się nawet trójwymiarowych modeli. Są też widoczne znaczniki bogatej bazy punktów POI. Mimo takiej wielości funkcji mapy są czytelne i w trybie nawigacji uwaga kierowcy nie jest rozpraszana. Na skomplikowanych węzłach drogowych z pomocą spieszy asystent pasa ruchu. Producent nie zapomniał też o solidnych komunikatach głosowych - w polskiej wersji programu wskazówek na trasie udziela Zbigniew Urbański.

Nawigacja pozwala na tworzenie tras z wieloma punktami pośrednimi -można tego dokonać na kilka sposobów, np. przeglądając po prostu mapę i wybierając punkty. Niestety, ta funkcja programu jest niedopracowana - edytor trasy jest mało intuicyjny, brakuje też możliwości swobodnego przesuwania kolejności punktów pośrednich. To też powoduje, że nawigacja prowadzi w sposób daleki od ideału. Dzięki temu, że mapy są zapisywane w pamięci urządzenia, z Navitelem można bez obaw podróżować po kilku kontynentach Aplikacja ma jednak parę ciekawych funkcji Online, dla których warto włączyć transfer danych. Przede wszystkim podczas wytyczania tras są brane pod uwagę aktualne informacje o korkach (Navitel Traffic), które są także wyświetlane na mapie. Równocześnie użytkownicy mogą sami zgłaszać, że na trasie doszło do wypadku, trwają roboty drogowe lub pojawił się fotoradar (Navitel.Zdarzenia). Druga rzecz, całkiem przydatna, to informacje o pogodzie (Navitel.Weather) podawana na trzy kolejne dni dla obszarów, przez które prowadzi trasa. Nie zabrakło funkcji społecznościowych: dzięki Navitel.Friends można wymieniać wiadomości ze znajomymi, śledzić ich lokalizację i wyznaczać do nich trasę. Natomiast najważniejsze ustawienia programu i waypointy są zapisywane w chmurze, dzięki czemu łatwo je odzyskać po zmianie smartfonu.

Navitel Navigator to aplikacja w udany sposób IWi łącząca klasyczne, sprawdzone rozwiązania nawigacji offline z funkcjami online, bez których dziś trudno wyobrazić sobie dłuższą podróż. Bogaty zestaw map, ostrzeganie o korkach i utrudnieniach w ruchu, wielość opcji konfiguracyjnych i personalizujących program sprawiają, że z tej nawigacji największą korzyść wyniosą wymagający kierowcy, podróżujący na dalekich trasach, także w mniej popularnych kierunkach, jak Europa Wschodnia czy kraje dawnego Związku Radzieckiego. Nieco archaiczny interfejs nie powinien nas zniechęcać, bo jest to rekompensowane wysoką funkcjonalnością programu. Producent powinien jednak popracować nad wygodnym edytorem tras z punktami pośrednimi.


Waze 

 Pomysł na Wazę powstał w 2007 roku w Izraelu, ale dopiero teraz - w czasach wszechobecnych smartfonów i tanich pakietów danych - projekt ten zaczyna nabierać rozmachu. W 2013 roku ten startup został przejęty przez Google, co budziło podejrzenia, że zostanie on zlikwidowany jako rywal Map Google lub też stanie się jego częścią. Do tego jednak nie doszło i program wciąż jest rozwijany niezależnie. Ostatnio doczekał się istotnej aktualizacji do wersji 4. Zmienił się interfejs, który dotąd mógł zniechęcać bardziej wybrednych użytkowników. Teraz jest bardziej nowocześnie i poważnie, chociaż nieco komiksowa stylistyka, zwłaszcza ikony, charakterystyczny element Wazę, pozostała. Ten z pozoru dziecinny interfejs jest trochę mylący - ale Wazę to nawigacja bardzo na serio.

Program jest bezpłatny, darmowe są też mapy, ale można z nich korzystać tylko w trybie online. Wymaga to stałego dostępu do Internetu, ale ma też zalety - mapy są na bieżąco aktualizowane przez twórców aplikacji oraz przez samych użytkowników. Użytkownicy są tu zresztą najważniejsi, bo Wazę to przede wszystkim aplikacja społecznościowa. Każdy tzw. wazer, widząc jakieś zdarzenie na drodze: korek, wypadek, roboty drogowe, zamknięcie drogi, fotoradar lub patrol policji, może błyskawicznie powiadomić o tym społeczność. Zgłoszenia natychmiast są uwzględniane na mapie jako ostrzeżenia dla innych kierowców i jeżeli okażą się one dla nich cenne, są oceniane „łapką w górę”. Takie podziękowania budują wiarygodność wazera, zwiększają jego pulę punktów, a równocześnie stanowią potwierdzenie, że zdarzenie ma faktycznie miejsce.

 Aplikacja monitoruje także szybkość poruszania się samochodów innych wazerów i automatycznie zaznacza na mapie zakorkowane ulice, podając prędkość przejazdu w km/h. Suma tych wszystkich danych pozwala kierowcy podjąć odpowiednią reakcję, a w skrajnych przypadkach trasa jest automatycznie przeliczana. Przypomina to więc mechanizm znany z NaviExperta, chociaż w Wazę spolecznościowy charakter aplikacji jest o wiele bardziej rozwinięty. Już włączając aplikację, użytkownik jest informowany, ilu wazerów znajduje się w okolicy, co więcej może zobaczyć symbolizujące ich ikonki na mapie, a nawet wystać im wiadomość. Wazę pozwala także na integrację z Facebookiem - można szybko skontaktować się ze znajomymi z serwisu i wysłać im własną lokalizację. Najbardziej doświadczeni wazerzy mogą się podjąć edycji map, do czego służy edytor na stronie WWW. Co ważne, społeczność użytkowników Wazę w Polsce jest na tyle duża, że można zaufać ostrzeżeniom aplikacji na terenie naszego kraju. Jeżeli zaś mamy pakiet na roaming zagraniczny,

Wazę sprawdzi się także w całej Europie - wazerzy są wszędzie. Mapy Wazę bazują na kilku źródłach, zależnie od kraju, ale w dużej mierze są to mapy Google’a. Ich dokładność jest więc całkiem dobra. Skuteczności wytyczanych tras nie można też wiele zarzucić. Wygląd mapy został tak dobrany, by zachować czytelność, ale też, by nie zabrakło na nich istotnych informacji o utrudnieniach w ruchu. Wskazując cel podróży, możemy dodać punkty pośrednie lub wyznaczyć trasę alternatywną. Ciekawy jest tryb planowania nawigacji, by dojechać na określony czas - program w odpowiednim czasie powiadomi, że już trzeba tam wyruszyć. Przydatna jest także integracja z kalendarzem. Wazę sprawdzi się jako nawigacja na co dzień i na wakacje.

W trasie trzeba pamiętać o dwóch mankamentach: wyższych kosztach transmisji danych za granicą oraz braku funkcji asystenta pasa ruchu, który pomógłby na skomplikowanych węzłach drogowych. W Wazę przydałaby się też opcja omijania korka jak w Naviexpercie czy np. możliwość wyszukiwania celów według kategorii punktów POI. Swojemu płatnemu konkurentowi aplikacja ustępuje pod względem liczby opcji, jednak zyskuje dzięki lepszemu wsparciu społeczności.

Lamphead - Out the Darkness. Recenzja gry

Lamphead to stosunkowo prosta gra zręcznościowa, utrzymana w mrocznym klimacie, ale z ładną i dopracowaną grafiką. Warto zaznaczyć, że nie jest to rozbudowany produkt o wielowątkowej fabule, a typowy twór nastawiony na szybką i zmienną akcję, pozbawiony wszelkich głębszych refleksji.




W Lamphoad: Out the Darkness wcielamy się w mechanicznego stwora posiadającego wielki reflektor zamiast głowy. Jego zadaniem jest przebyć jak najdłuższy dystans. Co ważne, gra rozgrywa się na dwóch płaszczyznach (góra/dół), stąd sterowanie zostało maksymalnie uproszczone i wymaga od nas tylko sprawnego naciskania dwóch przycisków. Pomimo prozaicznego celu i banalnej nawigacji gra do prostych nie należy. Droga jest najeżona przeszkodami, a wraz z upływem czasu, rozgrywka przyśpiesza, zmuszając nas do większego skupienia i błyskawicznego refleksu. Po drodze powinniśmy zbierać pojawiające się bonusy, które zwiększają czasowo nasze zdolności. Za zdobyte profity po każdej porażce możemy dokupywać ulepszenia, które ułatwiają grę.

Ponieważ Lamphead: Out the Darkness to typowa gra sieciowa, na każdym kroku będziemy proszeni o połączenie jej z usługami społecznościowymi i wydanie realnej gotówki na udogodnienia. Największy atut tej produkcji tkwi w jej oprawie graficznej, która stoi na naprawdę wysokim poziomie oraz wprowadza mroczny i przygnębiający klimat. Samo udźwiękowienie również jest warte uwagi i dzięki niemu gra, pomimo swojej prostoty, dużo zyskuje.

Paradise Bay kody na diamenty i pieniądze

Jest to dość przyjemna i relaksacyjna strategia ekonomiczna z dużą szczyptą humoru. Główny cel rozgrywki polega na podźwignięciu upadającego kurortu, który znajduje się na bajecznie kolorowej wyspie. Możliwości rozbudowy jest naprawdę wiele.



Znajdziemy tutaj sporo wielowątkowych zadań, jak i dobrze płatnych zleceń, dzięki którym szybko zdobędziemy środki potrzebne do odblokowywania kolejnych elementów wyspy i zażegnania kryzysu. Często gra wymaga od nas zdobycia jakiejś części, aby dzięki niej uzyskać niezbędny przedmiot, za którego pomocą wyprodukujemy kolejny itd. Ma to swój urok i mocno wciąga, a ponadto wprowadza pewien powiew świeżości w utarte schematy takich produkcji.

Paradise Bay ma, niestety, bardzo rozwinięty system mikropłatności. Sugestie wyłożenia prawdziwych pieniędzy są tutaj nagminne i pojawiają się praktycznie na każdym kroku, o czym warto pamiętać. Z drugiej strony, jeśli posiadamy liczne grono znajomych aktualnie grających, możemy liczyć na spore udogodnienia i korzyści. Gra oferuje milą dla oka grafikę i przyjemną oprawę dźwiękową, a ponadto zawiera sporą dawkę humoru, dzięki czemu potrafi skutecznie przykuć do telefonu na długi czas.

Dawn od Steel - kody / poradnik do gry

Dawn od Steel to klasyczna gra sieciowa, która stara się połączyć mato oryginalny RTS z wybiórczymi elementami RPG. Otrzymujemy całkiem przyjemny i rozbudowany produkt, który może się poszczycić dopracowaną grafiką i dość wciągającą rozgrywką kryjącą w zanadrzu kilka ciekawych pomysłów. Przede wszystkim na początku jesteśmy witani obowiązkowym, a ponadto dziewięciostopniowym samouczkiem wprowadzającym we wszystkie tajniki gry.



 Po tym okresie ustalamy pseudonim i możemy przystąpić do właściwej gry RTS, czyli rozbudowy bazy i podopiecznych - masywnych, stalowych robotów dzielących się na różne klasy (ta część odpowiada za gatunek RPG). Warto pamiętać, że pojedyncza maszyna, dobrze wyposażona i poprowadzona potrafi rozgromić bazę przeciwnika praktycznie bez większego wsparcia, dotyczy to także naszej bazy, co powinno nas skłaniać do większej inwestycji w systemy obronne.

Trzon rozgrywki to nie tylko zarządzanie własną bazą i rozbudowa maszyn kroczących, ale także pozyskiwanie potrzebnych do rozbudowy surowców, zwiększanie własnego terytorium itp. strategiczne elementy. Jak na grę sieciową przystało, żywych oponentów jest sporo, a na samych potyczkach ze sztuczną inteligencją daleko nie zajdziemy, stąd poziom trudności nieustannie rośnie. Nie można także zapomnieć o mikropłatnościach, które stanowią nieodzowny element takich produkcji.

Gunspell - kody do gry

Gunspell to idealny miks gatunku RPG z łamigłówką. To połączenie dało świetny i bardzo rozbudowany produkt, który stoi na równi z takimi kultowymi grami jak Puzzle Quest. Przedstawiona w grze historia wydaje się sztampowa. Ot, wstępujemy do zakonu walczącego ze złem. Podróżujemy za pomocą bram między wymiarowych, odwiedzamy równoległe światy, kładąc kres potworom. Niestety, gra narzuca cechy głównego bohatera, pozbawiając tym samym gracza opcji personalizacji. Nie ma tu także żadnych podziałów klasowych, jak i specjalizacji, więc każdy startuje od zera, stopniowo pnąc się w górę.



Cały obszar, po którym podróżujemy, został podzielony na heksy i stylistycznie przypomina grę planszową. Mimo to oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie, oferując porządne 2D. Ruch, walka czy przeczesywanie lokacji kosztuje odpowiednie punkty akcji. Te odnawiamy, awansując na kolejne poziomy bądź zdobywając liczne osiągnięcia. Sama walka to klasyka gatunku, czyli łączenie minimum trzech takich samych elementów obrazujących przeróżne dziedziny, od ataku po różnokolorową manę, która jest potrzebna do aktywacji ekwipunku. Starcia prowadzimy w systemie turowym. dążąc do wyzerowania wszystkich punktów życia oponenta. Poza walką wykonujemy przeróżne zadania, które są odpowiednio gratyfikowane. Zwiedzamy przeróżne miejsca, zdobywając niezbędne wyposażenie i surowce, a także walutę potrzebną do modernizacji, jak i naprawy ekwipunku. Przedstawiony świat jest otwarty, co oznacza, że nie jesteśmy zmuszani do kolejności wykonywania zadań, z wyjątkiem tego głównego, które posuwa fabułę do przodu i przenosi nas do innej krainy. Gunspell to naprawdę rozbudowana produkcja, która oferuje świetną zabawę na długie godziny pomimo zastosowania modelu „free to play” I występujących w grze mikropłatnoścl

Crashlands - kody na surowce

Crashlands to idealne połączenie kilku gatunków gier. To przede wszystkim dość nietypowy RPG, nastawiony na eksplorację i rozwój techniki. Z drugiej strony gra zawiera wiele elementów zręcznościowych i logicznych. Z każdego gatunku Crashlands wyciąga te najważniejsze i wciągające cechy, przykuwając na długie godziny do smartfonu czy monitora.




W grze wcielamy się w humanoidalną postać, kosmicznego kuriera o wdzięcznym imieniu Flux, który rozbija się na jednej z planet. Cala historia jest przestawiona w luźnej atmosferze i okraszona sporą dawką humoru, pomimo powagi sytuacji, w której się znajdujemy. W pierwszej kolejności będziemy musieli odnaleźć wszystkie paczki, w wyniku katastrofy porozrzucane na powierzchni obcej planety, a także znaleźć sposób na skontaktowanie się z pracodawcą. Poszukiwania prowadzą do spotkań z miejscową florą i fauną, niekoniecznie przyjaźnie nastawioną do przybysza. Mając dwie ręce i sporo przeróżnych materiałów w pobliżu, Flux musi więc zadbać o własne bezpieczeństwo.

Rozgrywka w dużej mierze polega na zbieraniu surowców i tworzeniu dzięki nim nowych przedmiotów. Początkowo skupiamy na przeżyciu i produkcji najpotrzebniejszych narzędzi i broni. Wraz z postępami w grze lista dostępnych możliwości zaczyna się rozrastać o zupełnie nowe elementy, które służą do zabudowy i dekoracji. Mamy zmienne pory dnia, co zmusza nas do budowy schronienia, bo w nocy aktywność drapieżników znacznie wzrasta. Otrzymujemy też pierwsze zadania. Podzielony na kilkanaście sektorów teren, po którym przyjdzie się nam poruszać, jest naprawdę ogromny, więc istotnym elementem rozgrywki jest jego eksploracja. Z czasem zaczynamy poznawać bardziej rozwinięte formy życia i zostajemy mimowolnie wplątani w konflikt międzyrasowy, co dodaje tylko rozgrywce smaku i finezji. Co istotne, mamy całkowitą wolność wyboru, nie ma tutaj presji czasu, a fabuła nie jest liniowa. Zadania nie ograniczają nas w sposobie ich realizacji, więc mamy duże pole do popisu. Warto pamiętać, że w Crashlands nie ma klasycznego modelu RPG, który polega na zdobywaniu doświadczenia i tym samym zwiększaniu atrybutów bohatera. Tutaj kluczową rolę ogrywają zadania rozwijające postęp technologiczny, dające dostęp do całkowicie nowych przedmiotów i uzbrojenia, które w sposób bezpośredni wpływają na statystki naszego podopiecznego. Dla przykładu pokonanie trudniejszego przeciwnika będzie się wiązało tylko z pozyskaniem nowych surowców, a nie z punktami doświadczenia. Nie każdemu taki model rozgrywki może przypaść do gustu.

Poruszamy się w grze metodą „wskaż i kliknij”, co świetnie się sprawdza, ale tylko przy wykorzystaniu wskaźników, takich jak rysik czy myszka. Niestety, jeśli będziemy toczyć rozgrywkę na smarttonie za pomocą palca, sterowanie będzie wymagało od nas większego skupienia i precyzji. Natomiast walka to klasyczny hack'n'slash, choć wielokrotnie wymagający od nas wdrożenia odpowiedniej strategii pod danego przeciwnika. Oprawa graficzna, pomimo komiksowego stylu, stoi na bardzo przyzwoitym poziomie, oferując sporą liczbę detali i efektów. Równie ciekawie przedstawia się wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa. 0 sile Crashlands świadczy także świetne przemyślany system zapisu postępów w chmurze, oferujący pełną synchronizację pomiędzy różnymi urządzeniami i platformami. Wystarczy założyć konto na stronie producenta, podając przy tym swój unikatowy numer zamówienia (ochrona przed piractwem), aby cieszyć się pełną synchronizacją I móc kontynuować grę na praktycznie każdym dostępnym sprzęcie.

80 Days. Przygodówka na Androida. Poradnik

Po raz pierwszy ukończyłam 80 Days na tablecie, leżąc na koi w trakcie pobytu na żaglach. Zgarnęłam wtedy fortunę z zakładu „w 80 dni dookoła świata" po niemal sześćdziesięciu, prąc na wschód od Londynu, przez Warszawę i Moskwę, a potem Azję i - przekroczywszy Pacyfik - USA.

Tym razem postanowiłam ruszyć na południe, przez Afrykę, i nie przejmując się zbytnio tykającym zegarem, niespiesznie eksplorować wschodni brzeg Czarnego Lądu. Wkrótce zostałam zaproszona na morską ekspedycję mającą na celu ubicie znajdującego się ponoć w głębinach potwora. I choć wcielałam się w tę samą postać - sługę Phileasa Fogga - tym razem mój Obieżyświat był inny. Zamiast szlajać się po portach, slumsach, barach czy centrach miast spędzał większość czasu w ukryciu -pod pokładem, przy stoliku pod ścianą, w hotelu i innych miejscach, które nie przyciągają ciekawskich oczu - dbając o wygodę swojego chlebodawcy i odzywając się raczej zdawkowo.



Podczas trzygodzinnej podróży na PC przeżyliśmy razem tyle, że w jej połowie Passepartout mógł nazwać Fogga swoim przyjacielem. W konsekwencji tych wszystkich przygód, zmian planów i rozmaitych wypadków nasz wyjazd trwał nie 80, ale 116 dni. Słowem: przegraliśmy zakład.Tyle że było warto. Na przygotowanej przez Inkle mapie świata zaznaczono dziesiątki miejsc, rozsypanych po różnych kontynentach lokacji, z których każda kryje potencjalne interesujące widoki, spotkania, historie, zwroty akcji.

Narracja, która stanowi jeden z dwóch filarów zabawy, jest dopracowana w najdrobniejszych detalach. Bogate, wyraziste opisy, godne dżentelmena, wymuskane dialogi - ten, kto nazwie 80 Days przygodówką tekstową, wcale się nie pomyli. Mechanika, w rodzaju ilości zdrowia Fogga, nabywania i sprzedaży bagaży w zależności od klimatu i trasy, zarządzania gotówką czy  i to drugi filar - wybierania kolejnych celów podróży, jest prosta i ograniczona do minimum, podobnie jak oprawa.


Sednem jest fabuła, która sprawia, że przygody Obieżyświata odczuwa się jak własne, głównie dlatego, że to od decyzji gracza zależy, co wydarzy się dalej. Czy wyda terrorystę, czy zrozumie jego pobudki? Czy skrytykuje damę, która oszukuje w kartach, w obecności reszty towarzystwa? Jak zareaguje, będąc świadkiem morderstwa? Już w takich sytuacjach gra zachęca do powtarzania, a przecież jest tyle tras, jakimi można podążyć, tyle ludzi, których można poznać, tyle miast, które da się zwiedzić Cytując Przygody  To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad".

The Duckforce Rises. Recenzja darmowej gry.

Powiedzcie to sobie na głos: karciane RPG z Donaldem i Sknerusem w rolach głównych. Jeżeli jeszcze nie chwyciliście za telefon albo tablet, to dodam: w Kaczogrodzie rozpętał się chaos, po ulicach biegają wrogie roboty, Bracia Be i inni złoczyńcy, a Sknerus na spółkę z Donaldem i Diodakiem założyli ruch oporu o nazwie Duckforce. To brzmi jak coś, co kupiłbym w ciemno w postaci gry AAA. Kupić nie mogłem, bo jest darmowe, a z trzech literek „A" pozostała może jedna, i to taka nadwątlona.


 The Duckforce Rises to gra z ogromnym potencjałem, którego po prostu nie wykorzystano. Audiowizualnie jest dobra, miejscami nawet świetna. Szkoda, że gameplajowo nie mado zaoferowania nic poza przyjemnym, ale prymitywnym systemem walki opartym na kartach oraz jeszcze bardziej prymitywnym rozwojem postaci. Nowy level oznacza czasami nową kartę, której używa się do ataku lub obrony - tylko że rodzaje ruchów można policzyć na palcach jednej dłoni. Policzmy zresztą razem: atak, zwiększenie siły na jedną turę, tarcza, odbicie ataku przeciwnika,zniwelowanie bonusów przeciwnika. Nie kłamałem z tą jedną dłonią - co prawda wszystko to można pomnożyć przez dwa, bo każdy ruch ma też wariant „grupowy" (na przykład ochrona całej drużyny, a nie jednej postaci), ale to i tak koszmarnie mało.

 Na domiar złego w związku z darmowością gracz zostaje na starcie zaplątany w pięć tysięcy różnych walut -energia potrzebna do rozpoczęcia kolejnej walki szybko się kończy, ale można ją uzupełnić za monety. Te w końcu też się kończą, więc ostatecznie i tak czekamy na odnawianie energii. Albo kupujemy monety za prawdziwe pieniądze. To obrzydliwe - nie dlatego, że wybrano taki, a nie inny sposób monetyzacji, ale dlatego, że nie pozostawiono nam opcji „wydaj X złotych i miej z głowy ograniczenia”.

Można za to kupić skarbiec ze sporą liczbą monet - za 50 euro. Po co mam kupować skarbiec, skoro już jestem Sknerusem?! Nie zraźcie się oceną. Każdemu, kto spędził pół dzieciństwa w Kaczogrodzie i ma urządzenie z iOS-em, polecam sprawdzić The Duckforce Rises. Po prostu żałuję, że gra nie jest tym, na co miała zadatki. Wśród pykadełek do tramwaju znajduje się natomiast na górnej półce.\

Dead Effect 2 - FPS na Androida.

Gdybym miał zamknąć tę recenzję w jednym zdaniu, rzekłbym: to odchudzony Dead Space zmieszany z okrojonym Doomem 3 i uzupełniony o implanty z Deus Eksa. W ramach fabularnego tła przebija się jakieś biedne science fiction, ale solą rozgrywki jest strzelanie do zombie (bardzo spoko), ludzi (mniej spoko), dronów i bossów (niezbyt spoko, bo też skurkowańce bywają nazbyt, jak na grę mobilną, ruchliwe). Wrogowie są tu - w stosunku do shooterów na większe platformy - odpowiednio spowolnieni, ale ich motorykę i tak opłaca się dodatkowo upośledzić bullet-time'em.



Na plus należy policzyć trzy postacie do wyboru (szczególnie polecam tę operującą kataną), świetną oprawę, masę skilli, atrakcyjnych wszczepów i rozwijalnych broni. Za frikosa przez długi czas gra się całkiem komfortowo, a reklamy nie wybijają z rytmu. I szkoda tylko, że na pewnym etapie „darmowe" awanse robią się na tyle powolne, że gra albo zagląda nam w kieszeń, albo przymusza do upierdliwego grindu.

Minions Paradise Strategiczna gra. Uwaga na mikropłatności.

Minionki rozbiły tegoroczny box office (ha, „tegoroczny"... to dziesiąty najbardziej dochodowy film w historii!), a teraz próbują ugrać kupkę szekli na platformach mobilnych. Minions Paradise to - pod względem intensywności-tapowany odpowiednik igraszki, jaką koty podejmują z kropką lasera. Nigdy cholerstwa nie złapią, ale mogą godzinami uderzać kompulsywnie łapkami o posadzki czy ściany. I świetnie się przy tym bawić!




 Phil, pechowy przedstawiciel rasy, przypadkiem rozbija luksusowy wycieczkowiec o skały. By zrekompensować funflom zmarnowane urlopy, wraz z nim staramy się urządzić na bezludnej wyspie raj na ziemi. Pod względem założeń to taki piętnaście razy radośniejszy Farmville. Gracza w tym głowa, by stale pozyskiwać imprezowe wyprawki i wznieść stosowną infrastrukturę. Dostęp do kolejnych zabudowań zdobywamy, organizując balangi, co jednak wymaga spożytkowania „punktów imprezy". Te da się zgarnąć, spełniając doraźne zachcianki wiksowiczów, realizując misje poboczne, rozgrywając jedną z pięciu prościutkich minigier (wrzucanie mango do koszyków, przeskakiwanie nad przeszkodami) albo płacąc specjalną walutą, którą da się i kupić za złotówki, i zdobyć skądinąd.



Co tu kryć, w kategorii wyciągania pieniędzy nikt nie ma do EA startu. To fiskalni Mefistofelesi, którzy wrzucają w sieć uzależniające, pęczniejące od atrakcyjnej zawartości tytuły, przez długie godziny dają się w rozgrywce rozsmakować, przez kolejne rozbudzają synapsy (poszukujące odpowiedzi na fundamentalne„jak tu uniknąć mikropłatności?''), a ostatecznie w nieinwazyjny sposób sięgają do portfeli. Przy założeniu, że postanowicie wyssać tego intensywnego łakocia do cna - będziecie się bawić pysznie. Ale ostrzegam, smakołyk to tak dobry, że mniej cierpliwi zakończą wesołą balangę finansowym kacem.

The Room Three - Android. Trzecia część wspaniałej gry.

Gra nie tylko zdumiewa skalą i rozmachem formy, lecz także zaskakuje bogactwem i świeżością treści. Po raz kolejny naturalnie sens gry stanowią łamigłówki logiczne, ale te tym razem nie mieszczą się w jednym „magicznym pudełku" ani nawet kilku odrębnych pokojach, ale rozciągają się na całe wielowymiarowe zamczysko powiązanych pomieszczeń i niezwykłych łamigłówek. To oznacza, że nie wystarczy już próbować wszystkiego na wszystkim. Jak nigdy wcześniej niezbędne są logiczne rozumowanie, wyobraźnia przestrzenna i pamięć do szczegółów.




Także dlatego, że rozwinięta została idea światów wewnątrz światów, które teraz bywają faktycznie wielopiętrowe. Otwarta struktura gry nie oznacza jednak wcale - co zresztą najlepiej świadczy o mistrzostwie twórców z Fireproof Studios - porzucenia gracza w zalewie wyzwań, obiektów i detali. The Room Three sprawnie wskazuje graczowi drogę, koncentrując się na obszarze, który należy eksplorować. Utknąć jest wprawdzie stosunkowo łatwo - jak zwykle przecież wystarczy przeoczony szczegół - ale ponownie w grze obecny jest znakomity system stopniowanych podpowiedzi.


Znacznie ważniejsza jest też fabuła, która prócz tego, że składa się na niesamowitą opowieść, to dodatkowo rzuca nowe światło na wydarzenia z poprzednich gier serii. W jej centrum ponownie znajduje się ezoteryczny pierwiastek Nuli, którego moc pozwala bez ograniczeń przemierzać czasoprzestrzeń. Tym razem jednak na ekranie pojawia się także poszukiwany dotąd bezskutecznie Craftsman -ten sam, którego dzieła mieliśmy możliwość poznawać i podziwiać od samych skromnych początków serii. Jeszcze śmielej też gra eksploruje wątki paranormalne, ocierając się przy okazji o prawdziwy horror. The Room Three zachwyca wreszcie rozmachem oprawy, która potrafi zrobić wrażenie także na weteranach serii. Eksploracja jak zwykle odbywa się "węzłowo", ale dbałość o szczegóły, mimo ogromnej skali całości, jest wzorowa. Za bogactwo formy i treści płaci się jednak sporymi wymaganiami sprzętowymi - obecne minimum stanowi ¡Phone 5 i ¡Pad 3 (wersji na Androida i PC możemy się pewnie spodziewać za jakiś czas). Tym z was zaś, którzy nie zetknęli się dotąd z fenomenem dzieł Fireproof Studios, polecam pierwszą część serii - jest ona dostępna w wersji iOS na telefony za darmo, a w tabletowej HD za jedno euro.

FIFA 16 Ultimate Team na Androida

EA dobrze wie, że taka marka jak FIFA generuje zyski głównie za sprawą ogromnej popularności oraz stale rosnącej bazy wielbicieli wirtualnego futbolu. Z tego też powodu nie może dziwić kolejna edycja mobilnej wersji tej kopanki przeznaczona na urządzenia Androida, która od jakiegoś czasu jest już dostępna w sklepikach z aplikacjami. 



FIFA 16 Ultimate Team oferuje podobne doświadczenia, co posiadający tę samą nazwę tryb w wersjach przeznaczonych na konsole i pecety. Możemy więc od podstaw tworzyć swój własny team, stopniowo rozwijać jego kadrę oraz szeroko rozumianą infrastrukturę szkoleniową i oczywiście rozgrywać mecze. Te ostatnie na ekranach nieco większych urządzeń mobilnych prezentują się rewelacyjnie - grafika cieszy oczy dużą liczbą detali, modele zawodników zostały wykonane ze sporą dbałością o odwzorowanie wyglądu prawdziwych piłkarzy, a cała rozgrywka toczona jest płynnie, choć na nieco słabszych pod względem specyfikacji technicznej tabletach animacja potrafi sporadycznie spowalniać. Sama gra jest darmowa, ale nie brakuje w niej najróżniejszych mikrotransakcji, z użyciem których można szybciej skompletować swój wymarzony skład. Warto dodać, że mecze rozgrywamy oczywiście przy pełnym polskim komentarzu, dodającym kolorytu wydarzeniom rozgrywającym się na boisku.

Twitter Delicious Facebook Digg Stumbleupon Favorites More